„Opowiem o narzędziu z USA, którego nigdy nie użyłem"...

„Opowiem o narzędziu z USA, którego nigdy nie użyłem"...

...czyli porozmawiamy o romantyzowaniu.

Jednym z tekstów, z którymi można spotkać się w naszej branży, jest ten, że gdzieś daleko, za górami, za lasami, w dalekiej krainie mlekiem i miodem płynącej, zwanej Stanami, istnieje narzędzie, które jest lekiem na wszystko. Narzędzie, które rozwiąże każdy problem. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że osoba zachwalająca to narzędzie niekoniecznie miała z nim styczność, a opowieść przypomina bardziej miejską legendę.

Każdy chce być widziany jako innowator. Nikt jednak nie rozlicza nikogo publicznie z tego, czy faktycznie się z tych polecanych przez siebie rozwiązań korzysta. O USA chętnie mówi się z prostego powodu – jest daleko. USA już od dawna często jest wspominane nie w kontekście kraju, a marki i synonimu nowoczesności. Chociaż amerykański sen od dawna jest tylko fikcją, w świadomości społeczeństwa, dalej funkcjonuje jako obietnica najwyższej jakości, bo przecież hasło „USA” stanowi niejaką jej gwarancję. Przez tę społeczną pamięć o złotych czasach USA, lokalny producent na starcie ma trudność. Dlaczego? Polska nie kojarzy się z nowoczesnością. Dalej często myśląc o swoim własnym kraju, mamy w głowach szare bloki z PRL.

Dlaczego jednak to wszystko jest paradoksem? Przecież brzmi jak zwyczajna niechęć! Jak zawsze w tej serii – nic nie jest takie, jakim się wydaje.

“Wadą” polskiego narzędzia jest to, że… jest za blisko. I wobec tego jest potencjalnym zobowiązaniem. O mitycznym narzędziu z odległego kraju łatwo jest mówić, bo nie trzeba z niego korzystać. Można łatwo zbudować sobie osobistą markę orędownika innowacji. Jednak polski produkt trzeba przetestować. Może nawet wypowiedzieć się na jego temat. To wszystko zajmuje czas, którego lekarze nie mają. Forma pracy lekarzy nie jest dostosowana do takiej gimnastyki. Łatwiej jest interesować się bezpiecznie, na odległość. I nie jest to winą tych lekarzy, bo prawdopodobnie faktycznie, śledzą zasłyszane rozwiązanie. Wina jest na poziomie organizacji czasu i braku przestrzeni na poznawanie nowości.

Skutki, które obserwuję w #MedTech, są takie, że polskie narzędzia kopią się z polskim rynkiem i bez skutecznego zakotwiczenia się w nim, przepadną na śmietniku historii. W tym samym czasie, gdy rodzime rozwiązanie umiera śmiercią głodową, te z odległych krajów mają możliwość rozwoju dzięki starciu z użytkownikiem. Przez brak bardziej lokalnej alternatywy, użytkownik nawet nie zorientuje się, że musi płacić znacznie więcej za narzędzie, na które nawet nie może mieć wpływu. W takim układzie omawiany paradoks staje się samospełniającą przepowiednią. 

Problem jest na tyle złożony, że nie starczyłoby mi jednego wpisu na LinkedIn, żeby oddać sprawiedliwość każdej stronie, dlatego przedstawiam tylko moją. A czy Wy macie doświadczenia z takimi legendami o odległych, zieleńszych pastwiskach?